Zamiast widokówek - kolekcjonuj paragony z podróży

Justyna Zielińska
06.02.2012 , aktualizacja: 06.02.2012 20:22
A A A Drukuj
Ułańska fantazja to ich drugie imię. Bez osprzętu, w krótkich spodenkach, w skarpetkach na rękach na pięciotysięcznik w Gruzji? Żaden problem! Zaczęło się po maturze, gdy planowali na stopa dojechać nad Balaton

Fot. Patryk Świątek / paragonzpo
Zwiedzili całe Bałkany, dotarli aż do Grecji, gdzie udało im się zdobyć Olimp. Bartek Szaro i Patryk Świątek, studenci z Rzeszowa, od roku prowadzą stronę "Paragon z podróży". Tomasz Michniewicz, dziennikarz, któremu udało się dostać do zamkniętego obozu partyzantki maoistów w Nepalu i spędzić bez ochrony cały dzień w jednym z najcięższych więzień w USA, w San Quentin w Kalifornii, wytypował blog Patryka i Bartka do finałowej trójki plebiscytu "Blog Roku 2011". Konkurs już po raz siódmy organizuje Onet.pl pod patronatem blog.pl. Finałowa gala odbędzie się 16 lutego w Warszawie.

"Chodziliśmy w liceum do jednej klasy i graliśmy na wuefie w siatkówkę w jednej drużynie. I to by było na tyle, jeżeli chodzi o naszą znajomość. (...) Mieliśmy kompletnie inne zainteresowania, totalnie przeciwstawne cechy charakteru i odmienny światopogląd (...). Jestem pewny, że nikt, ale to nikt nie postawiłby złamanego grosza, że możemy kiedyś podjąć jakiekolwiek wspólne działania." - pisze na blogu "Paragon z podróży" Patryk Świątek.

Zapału im nie brakuje

- Po prostu, obaj chcieliśmy pojechać gdzieś daleko na stopa po maturze. I to nas połączyło, trochę z przypadku - opowiada Patryk. On studiuje geografię na UJ w Krakowie, Bartek jest na prawie w Lublinie. Przy pomocy przyjaciół założyli stronę "Paragon z podróży". To nie tylko relacje z podróży, zdjęcia i filmiki. To także zebrane w jednym miejscu praktyczne porady. - Zauważyliśmy, że wśród blogów o podróżach przeważają same literackie opisy, bez porządnej informacji, co i ile kosztuje - zauważa Patryk. Tak się narodziła idea "paragonów z podróży", czyli skrótowych opisów wypraw wraz z praktycznymi wskazówkami (np. cena za transport z lotniska). - Byliśmy zaskoczeni, że ludzie tak chętnie odpowiedzieli na nasz apel z prośbą o przysyłanie swoich "paragonów" - cieszy się Patryk. Ci młodzi podróżnicy zorganizowali już dwie edycje konkursu "Paragony z podróży". Udało im się pozyskać sponsorów, autorzy najlepszych "paragonów" otrzymują książki ufundowane przez wydawnictwo "Znak" i "Otwarte na świat". Około połowy lutego ruszają z programem "Paragon z podróży TV", odcinki będą publikować na You Tube. Przed wakacjami chcą uruchomić portal w rodzaju platformy społecznościowej, gdzie każdy będzie mógł publikować swoje porady, umówić się na wyprawę, czy sprawdzić, w jakim miejscu świata znajduje się w danym momencie użytkownik serwisu. Zapału im nie brakuje. Przyszłość to dla nich też podróże. - Być może będzie to biuro podróży, w ramach którego będziemy pomagać ludziom organizować wyprawy podobne do naszych. Punktem wyjścia jest na pewno ten planowany portal - zdradza Patryk. Na razie jednak zajmują się przygotowaniami do wyprawy do Indii i Nepalu w lipcu i sierpniu tego roku. - Decyzję podjęliśmy w ciągu jednego wieczoru, w czasie pogawędki na gadu-gadu. Mało tego, w trakcie tej samej rozmowy kupiliśmy bilety w dwie strony za nieco ponad 2 tysiące złotych - zdradza Patryk. Jak mówi, to do tej pory najdroższa ich podróż. Dlatego poszukują sponsorów wyprawy. - Jeśli jednak się nie uda, to na tę wyprawę jesteśmy w stanie zarobić w ciągu jednego miesiąca intensywnej pracy - myśli pozytywnie Patryk.

Co rok 1000 m wyżej

Zresztą, dla niego i Bartka nie ma rzeczy niemożliwych. Zdobyli Kazbek, pięciotysięcznik w Gruzji, bez linowego osprzętu, w krótkich spodenkach, zamiast ciepłych rękawiczek mieli skarpetki na rękach.

Na szczycie góry Kazbek w Gruzji



"Kiedy pierwsze promienie słońca nieśmiało zaczęły wyłaniać się zza horyzontu byliśmy kompletnie przemrożeni. Nawet jeść się już nie chciało, bo żeby otworzyć batona, trzeba było ściągnąć z ręki skarpetkę, a wtedy palce momentalnie robiły się sztywne. (...) To był krytyczny moment. Zastanawialiśmy się, czy nie zawrócić, oczywiście nie na głos, każdy w swojej głowie. W tamtym momencie posuwaliśmy się w systemie: trzy kroki - czekan w ziemię - przysiad - dziesięć sekund na przeczekanie podmuchu - trzy kroki. (...) Swoje zrobiła też wysokość, bardzo niskie ciśnienie powietrza - mało tlenu, organizm dużo szybciej się męczy. Dookoła krajobraz jak na Antarktydzie, ale nie mieliśmy sił na jego podziwianie." - tak relacjonowali wejście na Kazbek na swoim blogu. Niezłomna wiara w sukces doprowadziła ich na sam szczyt. "Dzika satysfakcja. Moment, w którym wydaje ci się, że nie ma dla Ciebie rzeczy niemożliwych. Dziękujesz Bogu, że cię stworzył i mamie, że cię urodziła. Tego dnia wyszliśmy na szczyt jako pierwsi - dodatkowy powód do dumy. (...) Po raz kolejny zrobiliśmy coś, co wydawało się poza naszym zasięgiem. Jak co roku schemat jest identyczny: najpierw impulsywna decyzja, potem racjonalne dojście do wniosku, że to wykracza poza nasze możliwości i w końcu osiągnięcie celu wbrew wszystkiemu. Bariera 5000 m n.p.m. pokonana. Nie pozostaje nam nic innego jak w przyszłym roku wejść na sześciotysięcznik " - pisali. Tak też uczynią w czasie wyprawy do Indii i Nepalu. Jak obiecują, tym razem się przygotują, zaopatrzą się w niezbędny sprzęt itd. A pomysł na to, by w każdej następnej wyprawie zdobywać szczyt o 1000 m wyższy, narodził się trochę z przypadku. - W Maroku zdobyliśmy czterotysięcznik, zauważyliśmy pewną prawidłowość, że rok wcześniej był to trzytysięcznik, czyli 1000 m mniej. Wtedy zdecydowaliśmy się podjąć wyzwanie "1000 m co rok". - wyjaśnia Patryk. Przy takiej rachubie, ich wyprawy powinny skończyć się za dwa lata, na zdobyciu ośmiotysięcznika. - Aż tak szybko chyba to nie nastąpi, do siedmiotysięcznika, a tym bardziej ośmiotysięcznika, trzeba się już jednak solidnie przygotować. Nie mówimy nie. Ale na pewno nie za dwa lata - tłumaczą.

4 tys. km w jednej koszulce

Spali w setkach miejsc w Europie, Azji i Afryce. Głównie "na dziko" - na stołach w hostelowych jadalniach, na plażach, nad brzegami jezior, czy w vanie szefa myjni samochodowej. Przy takiej skali, choćby nie wiadomo jak szeroko otwarte mieli oczy i uszy, nietrudno o jakieś "mrożące krew w żyłach incydenty". Im do tej pory przydarzył się tylko jeden. - W Gruzji napadli na nas Gruzini. To było w jednym z ostatnich miast na naszej trasie. Mieliśmy nocować nad brzegiem jeziora, ale okazało się, że namiot możemy rozłożyć tylko na plaży nad morzem. Dostać się tam trzeba było przez chodnik długości 200 metrów w środku lasku. Była noc, dodatkowo atmosferę filmu grozy kreowała burza z piorunami. No i w tym lasku napadło nas trzech, może pięciu Gruzinów. Wyrwali mi plecak. Bartek dostał kamieniem w głowę, ale zachował swój dobytek. Poza tym nic nam się nie stało. Do Polski wróciłem w jednej koszulce, jednych spodniach i jednej parze butów. Były i plusy: cóż to była za przyjemność nie musieć dźwigać na plecach 20kg! Do sklepu, po reklamóweczkę i można ruszać dalej. Na lekko I tak przez 4000 km drogi powrotnej do domu - kończy opowieść Patryk.

Czytaj więcej na www.paragonzpodrozy.pl

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Dołącz do nas na Facebooku