Piątoklasiści Szkoły Podstawowej nr 4 w Tarnobrzegu od września chodzą na lekcje tylko po południu. Sanepid uznał, że uczniowie nie mogą w jednym dniu chodzić do szkoły na godz. 7.30, a w drugim na 11. Na wpuszczenie wszystkich uczniów do klas o tej samej porze w szkole nie ma miejsca. Rodzice protestują przeciwko takim planom lekcyjnym.
- Chyba wprowadzimy odgórną zasadę, że uczniowie w piątych klasach uczą się u nas po południu, by rodzice wiedzieli, na co się decydują, wysyłając do nas swoje dzieci - mówi Edyta Stylko, wicedyrektorka SP nr 4 w Tarnobrzegu. Dyrekcja szkoły, rodzice i sanepid mają się jeszcze raz zastanowić, jak rozwiązać problem.
Marcin Kobiałka: Ma rację sanepid w Tarnobrzegu, mówiąc, że dzieci powinny się uczyć, jeść, wypoczywać, wstawać z łóżka o jednakowej porze dnia?
Elżbieta Bielenda, psycholog dziecięcy; Ma. Taki uregulowany tryb życia łącznie z uporządkowanymi godzinami odpoczynku, snu, spożywaniem posiłków jest jak najbardziej pożądany, szczególnie dla organizmu, który jeszcze się rozwija. Wtedy wszystko się stabilizuje, m.in. przemiana materii, wydolność intelektualna. Badania pokazują, że taka wydolność jest dobra między godz. 10 a 13, a potem spada. Drugi wyż intelektualny jest w godzinach popołudniowych.
Jak ważna jest dla dziecka ta stabilizacja?
- Dziecko się wtedy uspokaja, jest skłonne do wewnętrznej samodyscypliny, czuje się bezpiecznie, jest mniej zestresowane. Gdy tego nie ma, to organizm jest rozregulowany, mogą się pojawiać problemy w szkole.
To co ma zrobić szkoła, która jest za mała, by wszystkie dzieci wpuścić do klas o jednakowej porze?
- Bardzo trudno pogodzić racje wszystkich stron. To muszą być rozwiązania organizacyjne. Optymalne byłoby, gdyby te lekcje rozpoczynały się wcześniej. Ale znam realia i wiem, jak jest w szkołach. Z dnia na dzień się nie da. Z drugiej strony są projekty organizacyjne szkoły i wiadomo, ile będzie dzieci w każdym roku. I przewiduje się dużo wcześniej rozkład lekcji, by dzieci uczyły się wtedy, kiedy powinny. Pole do popisu ma samorząd.
Ale urzędnicy mówią, że szkoły nie rozbudują, a rodzicom nie będą zabraniać posyłania dzieci do dobrych szkół...
- Jeżeli wyrażają zgodę na taką dowolność, to powinni zadbać o warunki dla dzieci. To nie jest tak, że miasto sobie, a szkoła sobie. Mówienie, że nie zabronimy rodzicom posyłania dzieci do dobrych szkół to klasyczne odbijanie piłeczki. To nie jest szkoła prywatna, gdzie rodzice partycypują w kosztach jej utrzymania i mają wpływ na kadrę nauczycieli. Jeżeli jest taka dowolność, to trzeba z wyprzedzeniem pomyśleć, jak te dzieci pomieścić. Szkoła przeliczyła się z możliwościami. Bo optymalne warunki nauczania to nie takie, z jakimi mamy do czynienia w tym przypadku.
Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów