Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie Prince'a

Marcin Kobiałka
2010-03-10 , aktualizacja: 10.03.2010 19:30
A A A Drukuj
Próba wyłudzenia odszkodowania, porachunki gangsterskie, a może nieszczęśliwy wypadek? Spekulacji, dlaczego w środę w nocy doszczętnie spłonął night club Prince w Rzeszowie, jest mnóstwo
- To było piekło! Spaliło się dosłownie wszystko - mówi Marcin Betleja z podkarpackiej straży pożarnej.

Prince to jedna z najbardziej znanych agencji towarzyskich w Rzeszowie. Dwukondygnacyjny budynek przy al. Armii Krajowej palił się jak papier. Z zewnątrz ogień można było dostrzec dopiero, gdy w klubie wysadziło szklaną elewację. Zniszczony został też basen, w którym jeszcze w środę rano pływały... piłki plażowe. Ogień strawił sprzęt muzyczny, łóżka w pokojach, skórzane sofy, stoliki, krzesła. Zachowało się lustro i baner "Erotic Dance".

Strażacy natknęli się również na... lalki, łańcuchy, kajdanki. Ogień gasili do godz. 8. Przed południem jeszcze nie wiedzieli, czy będą rozbierać dach. Wodę musieli dowozić, bo w okolicznych hydrantach było niskie ciśnienie albo były zamarznięte. W akcji gaszenia pożaru brało udział 26 zastępów straży.

Akcji strażaków przyglądał się 52-letni Ryszard K., właściciel lokalu, znana postać w rzeszowskim półświatku.

- Przyjechał dosyć szybko. Widziałem, jak łza mu się w oku zakręciła, ale chyba z zimna - opowiada "Gazecie" jeden ze świadków.

Pożar wybuchł o 2 w nocy. W night-clubie nikogo nie było. - Od trzech-czterech tygodni był zamknięty - mówi inna osoba.

Prince jest "przyklejony" do hotelu Classic. To właśnie w nim włączył się alarm przeciwpożarowy. - Mamy jedną z najnowocześniejszych centrali przeciwpożarowych. Musieliśmy ewakuować 10 gości, którzy spali w pokojach najbliżej ściany Prince'a. Zostali przewiezieni do sąsiedniego hotelu. Straty? Może 200-300 tys. zł - martwi się Ireneusz Velev, współwłaściciel hotelu Classic. Kilkanaście pokoi jest zadymionych.

Strażacy o przyczynach pożaru nie chcą jeszcze mówić. Twierdzą, że jest na to za wcześnie.

Prokuratura Rejonowa w Rzeszowie już wszczęła śledztwo. - Sprawdzimy, czy pożar lokalu nie jest próbą wyłudzenia odszkodowania - mówi "Gazecie" Renata Krut-Wojnarowska, szefowa tej prokuratury. Prince był ubezpieczony.

Według naszych informacji Ryszard K. od kilku miesięcy jest w tarapatach finansowych. W ubiegłym roku chciał klub sprzedać Classicowi, by hotel mógł się rozbudować. K. zażądał 2 mln zł. Dla hotelarzy to była cena zaporowa.

W grudniu zeszłego roku Prokuratura Apelacyjna w Rzeszowie oskarżyła Ryszarda K. o czerpanie korzyści z prostytucji kobiet, które pracowały w jego klubie. Oprócz niego przed sądem stanie dwóch jarosławian: 53-letni Wacław W. i 41-letni Jerzy C. Pierwszy z nich dzierżawił Prince'a.

- K. po poprzednim wyroku miał zakaz prowadzenia tego typu lokalu, dlatego go wydzierżawił, żeby w papierach wszystko grało. Ale, oczywiście, z zysków nie zrezygnował - mówi jeden z prokuratorów.

- Ryszard K. ma ciężką sytuację. Chciał, żebyśmy mu oddali samochód, który w czasie śledztwa zabezpieczyliśmy. Twierdził, że nie ma za co żyć - wspomina inny rzeszowski prokurator.

I snuje domysły: - Może stąd ten pożar, po którym liczył na pieniądze z ubezpieczenia?

O Ryszardzie K. krążą legendy, że jest nietykalny. W 2006 r. został skazany za kierowanie grupą przestępczą i czerpanie korzyści z nierządu. Zajmował się też sprzedawaniem prostytutek do Hiszpanii i Hongkongu. Ale K. wyrok dostał w zawieszeniu.

Być może pożar Prince'a to efekt porachunków gangsterskich. - Nie zdziwiłbym się, gdyby to była robota konkurencji - słyszymy od kolejnego prokuratora.

Ireneusz Velev: - Sąsiedztwo z night-clubem było dla nas uciążliwe, bo kojarzono nas z tym miejscem, a nie mamy z nim nic wspólnego. Czy mi ulżyło, że Prince spłonął? Z ludzkiego nieszczęścia się nie cieszę.

Z Ryszardem K. nie udało nam się skontaktować

Podziel się

  • 5 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy