W Rzeszowie trudno się przebić z ciekawymi projektami
2010-03-17
, aktualizacja: 17.03.2010 19:38
Nie przychodzimy do miasta i nie prosimy, by dano nam pieniądze na coś nieokreślonego. Wszystkie pomysły to konkretne sprawy, adresowane do konkretnych ludzi i na konkretne cele. A urzędnicy traktują nas jak żebraków lub cwaniaków, którzy kasę chcą wyciągnąć
Rozmowa z Pawłem Pasterzem*
Małgorzata Bujara: - Poruszyła Pana historia Wojciecha Jamy, który podarował miastu dobranockową kolekcję, a teraz jest karcony przez zwierzchników, w tym prezydenta miasta, za swoje wypowiedzi na temat promocji.
Paweł Pasterz: - To jest niezwykle dołujące, jeśli inicjatywa obywatelska jest tłamszona w kontaktach z władzą. Przy czym władza to złe słowo. Urząd to przecież podmiot odpowiedzialny za dbanie o nasze interesy, my podatnicy, łożymy na to.
Jakie Pan ma doświadczenia w kontaktach z miastem?
- W większości przypadków traktowany byłem jak żebrak, łajza, która przyszła tylko po to, aby marnować cenny czas urzędników i kasę wyciągnąć.
Na przykład?
- Wymyśliliśmy z Wojtkiem Jamą grę planszową o rzeszowskich podziemiach, żeby je wypromować. Na świecie te gry przeżywają renesans.
Chcieliśmy więc zrobić klasyczną, planszową grę z pionami, kostkami. Ze scenariuszem rozgrywającym się w podziemiach. Zebraliśmy grono fachowców, którzy zajęli się opracowywaniem tej gry. Etnograf Michał Majowicz czuwał nad walorami edukacyjnymi i merytorycznymi. Zaangażował się Jacek Gut, świetny rysownik. Dołączyli do nas pasjonaci komiksu i fantasy. Powstał projekt, scenariusz, w tej chwili przymierzamy się do produkcji. W założeniu ta gra ma bawiąc uczyć.
Chcieliście tym pomysłem zarazić miasto?
- Pomyśleliśmy, że to byłaby świetna alternatywa dla tych wszystkich kubeczków, szeleczek, smyczek, na które ratusz wydaje kupę pieniędzy. Ta gra byłaby charakterystyczna tylko dla nas. Zaproponowaliśmy, by miasto część nakładu kupiło. To nie były duże pieniądze.
Rozmawialiśmy z urzędnikami, wysłaliśmy do prezydenta oficjalne pismo. Nigdy nie dostaliśmy pisemnej odpowiedzi. Z wydziału promocji dostaliśmy tylko ustną odmowę.
Jak Pan to odbiera?
- My nie przychodzimy do miasta i nie prosimy, by dano nam pieniądze na coś nieokreślonego. Wszystkie pomysły to konkretne sprawy, adresowane do konkretnych ludzi i na konkretne cele. Kładziemy te pomysły na stół.
W ubiegłym roku jednym z takich pomysłów był Piknik Naukowy.
- Tak, to pomysł Tomka Michalskiego ze stowarzyszenia ExploRes. Nauka, jej popularyzacja zwłaszcza wśród młodych, to jest właśnie innowacyjność. Nie wierzę, że koncert nawet najwybitniejszej gwiazdy czy najdonioślejsze wydarzenie kulturalne może być tak innowacyjne jak nauka i rozwój nowoczesnych technologii. Ponieważ pasjonuję się nauką, zapaliłem się do idei zorganizowania pikniku.
Wymyśliliśmy hasło: "Innowacyjna edukacja w stolicy innowacji". Zaprosiliśmy instytucje, które mają prezentacje na naukowym pikniku warszawskim. Budżet przedsięwzięcia nie był duży, ok. 45 tys. zł. Udało nam się znaleźć sponsorów na sporą część tej sumy. To nie było łatwe. Biznes dziś chętnie daje na sport - na piłkę, na siatkę, a na naukę, kulturę - mniej. To nawet nie jest zarzut. Tak po prostu jest.
Uderzyliśmy z pomysłem do miasta, chcieliśmy, żeby to była impreza pod jego patronatem i z niewielkim jego wkładem. Skończyło się na tym, że pikniku w tamtym roku nie było. Nie dopięliśmy budżetu.
Idea przepadła?
- Nie. Szukaliśmy sponsorów i udało się zebrać tyle funduszy, by piknik odbył się w tym roku. Mamy nadzieję, że się uda.
Już bez patronatu miasta?
- Bez. Miasto woli stawiać na inne rzeczy, jakieś koncerty, Danzele itp. Przychodzi ktoś i prosi o 700 tys. zł na coś jeszcze mało konkretnego, a miasto lekką ręką daje tę sumę [chodzi o serial TVP opowiadający o... Bitwie Warszawskiej - przyp. red.]. To przecież idiotyczny pomysł.
A nam chodziło o 15 tys. zł na piknik naukowy!
Była z tym piknikiem jeszcze taka śmieszna sytuacja: w pewnym momencie miejscy urzędnicy wpadli na pomysł, by dać na niego pieniądze z oszczędności po gali bokserskiej, która się nie odbyła. Nam się oczy zaświeciły. Mieliśmy się tylko dogadać z ludźmi, którzy chcieli organizować Festiwal Designu Miejskiego. Miasto sugerowało, żeby coś z ich imprezy zaprezentować podczas pikniku i coś z naszej u nich. Mieliśmy napisać taki plan i wystąpić do rady miasta, bo tylko ona miała władzę przerzucić ten niewykorzystany budżet z gali na nasze przedsięwzięcie. Spotkaliśmy się z ludźmi od designu. Momentalnie znaleźliśmy porozumienie. Opracowaliśmy spójny projekt uwzględniający "przenikanie" się tematyki obydwu przedsięwzięć i przekazaliśmy do wydziału promocji. Okazało się, że nawet nie stanęło to na posiedzeniu rady. Nie rozumiemy dlaczego.
To żałosne.
- Miasto zaprzepaszcza wiele szans. Do dziś firma, w której pracuję, jest właścicielem domen www.stolicainnowacji. Nikt z miasta nie chciał od nas jej do tej pory przejąć. Tylko krzyczeli w gazetach, że ich szantażujemy. A przecież nie żądaliśmy pieniędzy! Chcieliśmy tylko zrobić coś wspólnie. Ponieważ mamy domenę, chcieliśmy dać ją jako takie wpisowe, swój wkład w przedsięwzięcie. Do dziś więc mamy te domeny i planujemy wkrótce je wykorzystać. Chcemy zrobić duży portal dotyczący nauki. Wszystko, co związane z nauką na Podkarpaciu, chcemy tam umieścić.
Wyręczycie więc miasto.
- Nieważne. Miasto, jeśli to w ogóle zauważy, jak zwykle oskarży nas o terroryzm albo cwaniactwo. Ale to nic.
Co jeszcze będzie na tej stronie?
- Od pewnego czasu buduję wirtualne laboratorium. Umieszczam tam eksperymenty. Każdy może tam wejść i zobaczyć, jak działa prasa hydrauliczna czy silnik turboodrzutowy. To jest interaktywne, działa jak gra komputerowa. Wystarczy w wyszukiwarce wpisać Radiolatorium.
Mam już przygotowanych 40 eksperymentów, a niewiele z nich opublikowałem. Na stronie stolicy innowacji będą wszystkie. To będzie trójwymiarowy plac do ćwiczeń. Nauczyciele będą nawet mogli lekcje przeprowadzić za pomocą tego wirtualnego laboratorium.
To bardzo ciekawe.
- Poznałem zdolnych gimnazjalistów i licealistów, których pasją jest nauka, technika. Chciałbym, przy ich zaangażowaniu, zrobić szlak nauki i techniki w mieście. Chcę razem z nimi budować repliki urządzeń, np. pierwszy aparat radiowy Marconiego, pierwszy aparat telegraficzny Morse'a, Wahadło Foucaulta. Te przedmioty stanęłyby w obiektach z nimi związanych, np. telegraf na poczcie, a aparat w radiu.
Jakie są szanse na realizację tego pomysłu?
- Szukam sponsorów. Mam już kilka chętnych firm, które są w stanie wyłożyć pieniądze w zamian za tabliczkę z informacją na urządzeniu. Gdyby ten szlak udało się zrealizować, wyprodukowalibyśmy mapę z zaznaczonymi miejscami. Wyobrażam sobie wycieczki, które przyjeżdżałyby to zobaczyć. To byłyby rzeczy żywe, działające w formie takiej, jaką wykonał je po raz pierwszy naukowiec. Będzie można tego dotknąć, sprawdzić, jak działa. Drugiego takiego szlaku w Polsce nie ma. W ten sposób postawilibyśmy krok w kierunku uczynienia z Rzeszowa stolicy innowacji.
*Paweł Pasterz studiował architekturę, zajmuje się na co dzień fotografią i reklamą, fascynuje się techniką i nauką, kolekcjonuje miniaturowe modele samochodów, buduje limitowane serie modeli lokomotyw (ma jedną z trzech takich manufaktur w Polsce), w Polskim Radiu Rzeszów prowadzi program autorski Radiolatorium.
- Bez. Miasto woli stawiać na inne rzeczy, jakieś koncerty, Danzele itp. Przychodzi ktoś i prosi o 700 tys. zł na coś jeszcze mało konkretnego, a miasto lekką ręką daje tę sumę [chodzi o serial TVP opowiadający o... Bitwie Warszawskiej - przyp. red.]. To przecież idiotyczny pomysł.
A nam chodziło o 15 tys. zł na piknik naukowy!
Była z tym piknikiem jeszcze taka śmieszna sytuacja: w pewnym momencie miejscy urzędnicy wpadli na pomysł, by dać na niego pieniądze z oszczędności po gali bokserskiej, która się nie odbyła. Nam się oczy zaświeciły. Mieliśmy się tylko dogadać z ludźmi, którzy chcieli organizować Festiwal Designu Miejskiego. Miasto sugerowało, żeby coś z ich imprezy zaprezentować podczas pikniku i coś z naszej u nich. Mieliśmy napisać taki plan i wystąpić do rady miasta, bo tylko ona miała władzę przerzucić ten niewykorzystany budżet z gali na nasze przedsięwzięcie. Spotkaliśmy się z ludźmi od designu. Momentalnie znaleźliśmy porozumienie. Opracowaliśmy spójny projekt uwzględniający "przenikanie" się tematyki obydwu przedsięwzięć i przekazaliśmy do wydziału promocji. Okazało się, że nawet nie stanęło to na posiedzeniu rady. Nie rozumiemy dlaczego.
To żałosne.
- Miasto zaprzepaszcza wiele szans. Do dziś firma, w której pracuję, jest właścicielem domen www.stolicainnowacji. Nikt z miasta nie chciał od nas jej do tej pory przejąć. Tylko krzyczeli w gazetach, że ich szantażujemy. A przecież nie żądaliśmy pieniędzy! Chcieliśmy tylko zrobić coś wspólnie. Ponieważ mamy domenę, chcieliśmy dać ją jako takie wpisowe, swój wkład w przedsięwzięcie. Do dziś więc mamy te domeny i planujemy wkrótce je wykorzystać. Chcemy zrobić duży portal dotyczący nauki. Wszystko, co związane z nauką na Podkarpaciu, chcemy tam umieścić.
Wyręczycie więc miasto.
- Nieważne. Miasto, jeśli to w ogóle zauważy, jak zwykle oskarży nas o terroryzm albo cwaniactwo. Ale to nic.
Co jeszcze będzie na tej stronie?
- Od pewnego czasu buduję wirtualne laboratorium. Umieszczam tam eksperymenty. Każdy może tam wejść i zobaczyć, jak działa prasa hydrauliczna czy silnik turboodrzutowy. To jest interaktywne, działa jak gra komputerowa. Wystarczy w wyszukiwarce wpisać Radiolatorium.
Mam już przygotowanych 40 eksperymentów, a niewiele z nich opublikowałem. Na stronie stolicy innowacji będą wszystkie. To będzie trójwymiarowy plac do ćwiczeń. Nauczyciele będą nawet mogli lekcje przeprowadzić za pomocą tego wirtualnego laboratorium.
To bardzo ciekawe.
- Poznałem zdolnych gimnazjalistów i licealistów, których pasją jest nauka, technika. Chciałbym, przy ich zaangażowaniu, zrobić szlak nauki i techniki w mieście. Chcę razem z nimi budować repliki urządzeń, np. pierwszy aparat radiowy Marconiego, pierwszy aparat telegraficzny Morse'a, Wahadło Foucaulta. Te przedmioty stanęłyby w obiektach z nimi związanych, np. telegraf na poczcie, a aparat w radiu.
Jakie są szanse na realizację tego pomysłu?
- Szukam sponsorów. Mam już kilka chętnych firm, które są w stanie wyłożyć pieniądze w zamian za tabliczkę z informacją na urządzeniu. Gdyby ten szlak udało się zrealizować, wyprodukowalibyśmy mapę z zaznaczonymi miejscami. Wyobrażam sobie wycieczki, które przyjeżdżałyby to zobaczyć. To byłyby rzeczy żywe, działające w formie takiej, jaką wykonał je po raz pierwszy naukowiec. Będzie można tego dotknąć, sprawdzić, jak działa. Drugiego takiego szlaku w Polsce nie ma. W ten sposób postawilibyśmy krok w kierunku uczynienia z Rzeszowa stolicy innowacji.
*Paweł Pasterz studiował architekturę, zajmuje się na co dzień fotografią i reklamą, fascynuje się techniką i nauką, kolekcjonuje miniaturowe modele samochodów, buduje limitowane serie modeli lokomotyw (ma jedną z trzech takich manufaktur w Polsce), w Polskim Radiu Rzeszów prowadzi program autorski Radiolatorium.
- 50 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
12 głosów
-
Re: W Rzeszowie trudno się przebić z ciekawymi pr
lupus1020
07.07.11, 10:34
No i gdzie te wszystkie wspaniałe przedsięwzięcia? Gdzie te portale edukacyjne? Pfff...»
Najczęściej czytane
- Śmierć 17-latka. Kierowca VW zgłosił się na policję
- To b. żołnierz z Węgorzewa. A nie mieszkaniec Makowisk
- 10 lat za kradzież pączka? Dziś Tłusty Czwartek [FOTO]
- Bus uderzył w renault. 14 osób rannych, 5 w szpitalu
- Oferty na rozbiórkę nielegalnego krzyża. Jedna za 1 zł
- Awaria trakcji kolejowej pod Ropczycami. Są opóźnienia
- Usunąć komunistyczne pomniki! Rzeszowski też? [ZOBACZ]




