Karetka jechała zbyt długo, kobieta zmarła
2010-04-25
, aktualizacja: 25.04.2010 18:41
Kobieta zmarła, bo pogotowie jechało do niej zbyt długo. Ta tragedia być może nie wydarzyłaby się, gdyby ratownicy z karetki utrzymywali łączność z Centrum Powiadamiania Ratunkowego i dowiedzieli się, jak najszybciej można dojechać do chorej.
- Każdy zespół ma obowiązek sprawdzenia, czy ma łączność z centralą, a potem stałego utrzymywania z nią kontaktu. W karetkach są radiotelefony, w każdej jest też telefon komórkowy. Zespół, który w marcu wyjechał do nocnego wezwania, nie sprawdził, czy ma łączność - mówi Zbigniew Bober, dyrektor pogotowia ratunkowego w Mielcu.
Na pomoc czekała mniej więcej 60-letnia kobieta, która wcześniej leczyła się na serce, a tej nocy miała objawy duszności. Mieszkała przy ul. Majowej w Mielcu. - Na tej ulicy domy mają oprócz numerów dodatkowe oznakowanie i nie jest łatwo odnaleźć konkretny budynek. Gdyby karetka jechała prosto do pacjentki, czas dojazdu zająłby cztery, pięć minut. Ale tak się nie stało. Karetka pojechała od drugiej strony i zanim znalazła właściwy adres, minęło kilkanaście bezcennych minut - opowiada dyrektor.
Gdy ambulans szukał właściwego adresu, z załogą karetki próbowała się połączyć druga dyspozytorka CPR. Chciała doprecyzować szczegóły dojazdu. Z rejestracji rozmów wynika, że co najmniej 10 razy wywoływała załogę karetki. - Są takie sytuacje, gdy dyspozytorki zajmują się kolejnym zgłoszeniem i nie mogą rozmawiać z załogą. Ale na zgłoszeniach są numery telefonu, z którego wzywano pomocy. Ratownik z karetki może zadzwonić pod ten numer i sam dopytać, gdzie ma jechać. Tak można było zrobić w tym wypadku. Niestety, załoga karetki nie odpowiadała na żadne wezwania - dodaje Bober.
Dyrektor pogotowia złożył doniesienie do prokuratury, ale nie czekał na wynik działań prokuratorskich. Dyscyplinarnie zwolnił dwóch ratowników. - Odpowiadali za łączność. W tym przypadku nie dopilnowali swoich obowiązków. Gdyby karetka była w kontakcie z centralą, nie byłoby tragedii tej rodziny. Tych kilka minut mogło przesądzić o życiu tej kobiety - stwierdza szef pogotowia.
Na pomoc czekała mniej więcej 60-letnia kobieta, która wcześniej leczyła się na serce, a tej nocy miała objawy duszności. Mieszkała przy ul. Majowej w Mielcu. - Na tej ulicy domy mają oprócz numerów dodatkowe oznakowanie i nie jest łatwo odnaleźć konkretny budynek. Gdyby karetka jechała prosto do pacjentki, czas dojazdu zająłby cztery, pięć minut. Ale tak się nie stało. Karetka pojechała od drugiej strony i zanim znalazła właściwy adres, minęło kilkanaście bezcennych minut - opowiada dyrektor.
Gdy ambulans szukał właściwego adresu, z załogą karetki próbowała się połączyć druga dyspozytorka CPR. Chciała doprecyzować szczegóły dojazdu. Z rejestracji rozmów wynika, że co najmniej 10 razy wywoływała załogę karetki. - Są takie sytuacje, gdy dyspozytorki zajmują się kolejnym zgłoszeniem i nie mogą rozmawiać z załogą. Ale na zgłoszeniach są numery telefonu, z którego wzywano pomocy. Ratownik z karetki może zadzwonić pod ten numer i sam dopytać, gdzie ma jechać. Tak można było zrobić w tym wypadku. Niestety, załoga karetki nie odpowiadała na żadne wezwania - dodaje Bober.
Dyrektor pogotowia złożył doniesienie do prokuratury, ale nie czekał na wynik działań prokuratorskich. Dyscyplinarnie zwolnił dwóch ratowników. - Odpowiadali za łączność. W tym przypadku nie dopilnowali swoich obowiązków. Gdyby karetka była w kontakcie z centralą, nie byłoby tragedii tej rodziny. Tych kilka minut mogło przesądzić o życiu tej kobiety - stwierdza szef pogotowia.
- 4 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
Najczęściej czytane
- Lenin, dowód tożsamości konia, książeczka zdrowia prostytutki [FOTO]
- Nowe osiedla, domy, apartamentowce powstają w Rzeszowie
- Autostradowa obwodnica Rzeszowa zagrożona
- Pseudokibice obrzucili butelkami i kamieniami policjantów
- Neurolodzy chcą odejść. Oddziałowi grozi likwidacja
- Raz w roku, w największej sali koncertowej w Polsce...
- Policjant z Przemyśla postrzelił 46-letniego napastnika w nogi


