Absolwentka będzie walczyć o odszkodowanie od UR?
2010-07-29
, aktualizacja: 30.07.2010 15:53
To co powinno kosztować 19 zł i trwać miesiąc, pochłonęło ponad 4 tys. dol. i ponad rok. Tyle straciła absolwentka Uniwersytetu Rzeszowskiego, by zdobyć dokumenty w języku angielskim potwierdzające odbycie studiów.
Pani Anna Baran w 2003 roku ukończyła studia magisterskie na wydziale prawa Uniwersytetu Rzeszowskiego. Od kilku lat pracuje w USA. - Chcę pracować w administracji państwowej, dlatego muszę zdobyć amerykański dyplom, bo polski nie jest uznawany - mówi. Chce studiować w Nowym Jorku, ale by było to możliwe musi przedstawić dokumenty w języku angielskim potwierdzające odbyte przez nią studia w Polsce. Dokumenty powinien wydać Uniwersytet Rzeszowski. Tu jednak absolwentka trafiła na mur. - Najpierw ze Stanów wysyłałam w tej sprawie maile na swój wydział, ale nie otrzymywałam odpowiedzi. Próbowałam dzwonić, ale albo nikt nie odbierał telefonów, albo nie było osoby kompetentnej. Utrudnieniem była też różnica czasu - opowiada pani Anna. Postanowiła więc poprosić o pomoc siostrę mieszkającą w Krośnie. - Upoważniłam ją notarialne do reprezentowania mnie na UR - mówi. Ale i to na wiele się nie zdało.
Amerykańska uczelnia wymaga m. in. odpisu karty przebiegu studiów wraz z angielskim tłumaczeniem. Pani Anna by przyspieszyć sprawę przetłumaczyła dokumenty w Nowym Jorku. - W zalakowanej kopercie wysłałam je do Polski, by uczelnia potwierdziła zgodność z oryginałem. Ale odmówiono tego siostrze, zamiast tego wysłano ją do studium języków obcych UR by tam przetłumaczono dokumenty - opowiada pani Anna. W studium powstało tłumaczenie, ale zainteresowana dokumentów nie dostała nadal.
- Upłynął kolejny termin rekrutacji. Postanowiłam osobiście załatwić sprawę do końca - mówi. Kupiła bilety na samolot (2,5 tys. dol.), wzięła bezpłatny urlop i na początku lipca przyleciała do Polski.
Za wystawienie dokumentów odpowiedzialny jest prof. Stanisław Sagan, dziekan Wydziału Prawa i Administracji UR. Jest jednak na urlopie, a jego obowiązki pełni prodziekan dr Marcin Niemczyk.
Wg niego wydział nie ma sobie nic do zarzucenia. - W ciągu siedmiu dni wydałem stosowne dokumenty. To krótszy czas niż przewidziany w KPA, ale zrobiłem to ze względu na szczególne okoliczności: ta pani wraca do Stanów, chciałem, żeby wróciła z dokumentami - mówi dr Marcin Niemczyk. Tłumaczy, że uczelnia nie mogła wydać dokumentów siostrze pani Anny. - Bo w aktach nie mamy stosownego pełnomocnictwa. Wcześniejsze prośby pani Anny także zostały rozpatrzone negatywnie, bo żądała potwierdzenia przez nas kserokopii, a na to przepisy nam nie zezwalają. Możemy legalizować tylko oryginały. To elementarna wiedza prawnicza, którą każdy absolwent powinien posiadać - mówi prodziekan Niemczyk. Tłumaczenie prodziekana jest zaskakujące. Zniecierpliwiona absolwentka poskarżyła się dr hab. Elżbiecie Dyni, prorektor ds. studenckich i kształcenia UR, a w jej dokumentach kserokopia pełnomocnictwa dla siostry pani Anny jest. Po interwencjach u władz uczelni 26 lipca pani Annie udało się zdobyć potrzebne dokumenty. Pozostała tylko jedna niezałatwiona kwestia. - Zgodnie z wymaganiami amerykańskiej uczelni dokumenty w zalakowanej kopercie UR powinien wysłać do USA. Nie udało się mi tego załatwić - ubolewa pani Anna. Prodziekan Niemczyk: - Procedura legalizacji dokumentów wynika z prawa. A tam nic nie ma o tym, byśmy działając w imieniu absolwenta mieli je wysyłać innym uczelniom.
Ale przepisy też tego nie zakazują - zauważamy. - Zwrócę się na piśmie do Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego o stanowisko w tej sprawie, jeśli zezwoli nam na wysłanie dokumentów, na pewno je wyślemy - obiecuje dr Niemczyk.
Władzom uczelni sprawa pani Anny jest znana. - Wyjaśniałam ją od marca. Żądania absolwentki są uzasadnione, to procedura od lat przez nas stosowana. Wprawdzie od 2006 r. od kiedy wydajemy suplementy do dyplomów w języku angielskim, takich spraw jest niewiele, ale na żadnym innym wydziale nie stwarzają one problemów. Dziekani wiedzą, co do nich należy, jakie mają kompetencje. Problemy dotyczą tylko Wydziału Prawa i Administracji. Dziekan tego wydziału powinien znać prawo i właściwie je interpretować co najmniej w zakresie swoich kompetencji, w przeciwnym wypadku działa na niekorzyść wydziału i uniwersytetu - komentuje prorektor Elżbieta Dynia. Czy wobec władz wydziału prawa wyciągnięte zostaną konsekwencje? - Trwają wakacje i rektor UR i dziekan są na urlopach - mówi prorektor Dynia.
Zgodnie z uczelnianymi przepisami legalizacja dokumentów potrzebnych do obrotów za granicą kosztuje 19 zł, a pani Anna policzyła, że na przylot do Polski i pobyt tu straciła 4 tys. dolarów. - Nie licząc straconej wypłaty za lipiec. Teraz zastanawiam się, czy nie ubiegać się o odszkodowanie od uczelni za poniesione koszty - mówi. Do tego dochodzą też inne straty: - Potrzebne dokumenty zdobyłam, ale i tak za późno, by rozpocząć studia jesienią tego roku. Jeśli teraz złożę podanie będę mogła zacząć studia w semestrze wiosennym, a to oznacza, że straciłam prawie dwa lata. Gdyby nie problemy, jakie robiła mi uczelnia, zamiast zaczynać studia już bym je kończyła - nie kryje rozgoryczenia kobieta.
Amerykańska uczelnia wymaga m. in. odpisu karty przebiegu studiów wraz z angielskim tłumaczeniem. Pani Anna by przyspieszyć sprawę przetłumaczyła dokumenty w Nowym Jorku. - W zalakowanej kopercie wysłałam je do Polski, by uczelnia potwierdziła zgodność z oryginałem. Ale odmówiono tego siostrze, zamiast tego wysłano ją do studium języków obcych UR by tam przetłumaczono dokumenty - opowiada pani Anna. W studium powstało tłumaczenie, ale zainteresowana dokumentów nie dostała nadal.
- Upłynął kolejny termin rekrutacji. Postanowiłam osobiście załatwić sprawę do końca - mówi. Kupiła bilety na samolot (2,5 tys. dol.), wzięła bezpłatny urlop i na początku lipca przyleciała do Polski.
Za wystawienie dokumentów odpowiedzialny jest prof. Stanisław Sagan, dziekan Wydziału Prawa i Administracji UR. Jest jednak na urlopie, a jego obowiązki pełni prodziekan dr Marcin Niemczyk.
Wg niego wydział nie ma sobie nic do zarzucenia. - W ciągu siedmiu dni wydałem stosowne dokumenty. To krótszy czas niż przewidziany w KPA, ale zrobiłem to ze względu na szczególne okoliczności: ta pani wraca do Stanów, chciałem, żeby wróciła z dokumentami - mówi dr Marcin Niemczyk. Tłumaczy, że uczelnia nie mogła wydać dokumentów siostrze pani Anny. - Bo w aktach nie mamy stosownego pełnomocnictwa. Wcześniejsze prośby pani Anny także zostały rozpatrzone negatywnie, bo żądała potwierdzenia przez nas kserokopii, a na to przepisy nam nie zezwalają. Możemy legalizować tylko oryginały. To elementarna wiedza prawnicza, którą każdy absolwent powinien posiadać - mówi prodziekan Niemczyk. Tłumaczenie prodziekana jest zaskakujące. Zniecierpliwiona absolwentka poskarżyła się dr hab. Elżbiecie Dyni, prorektor ds. studenckich i kształcenia UR, a w jej dokumentach kserokopia pełnomocnictwa dla siostry pani Anny jest. Po interwencjach u władz uczelni 26 lipca pani Annie udało się zdobyć potrzebne dokumenty. Pozostała tylko jedna niezałatwiona kwestia. - Zgodnie z wymaganiami amerykańskiej uczelni dokumenty w zalakowanej kopercie UR powinien wysłać do USA. Nie udało się mi tego załatwić - ubolewa pani Anna. Prodziekan Niemczyk: - Procedura legalizacji dokumentów wynika z prawa. A tam nic nie ma o tym, byśmy działając w imieniu absolwenta mieli je wysyłać innym uczelniom.
Ale przepisy też tego nie zakazują - zauważamy. - Zwrócę się na piśmie do Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego o stanowisko w tej sprawie, jeśli zezwoli nam na wysłanie dokumentów, na pewno je wyślemy - obiecuje dr Niemczyk.
Władzom uczelni sprawa pani Anny jest znana. - Wyjaśniałam ją od marca. Żądania absolwentki są uzasadnione, to procedura od lat przez nas stosowana. Wprawdzie od 2006 r. od kiedy wydajemy suplementy do dyplomów w języku angielskim, takich spraw jest niewiele, ale na żadnym innym wydziale nie stwarzają one problemów. Dziekani wiedzą, co do nich należy, jakie mają kompetencje. Problemy dotyczą tylko Wydziału Prawa i Administracji. Dziekan tego wydziału powinien znać prawo i właściwie je interpretować co najmniej w zakresie swoich kompetencji, w przeciwnym wypadku działa na niekorzyść wydziału i uniwersytetu - komentuje prorektor Elżbieta Dynia. Czy wobec władz wydziału prawa wyciągnięte zostaną konsekwencje? - Trwają wakacje i rektor UR i dziekan są na urlopach - mówi prorektor Dynia.
Zgodnie z uczelnianymi przepisami legalizacja dokumentów potrzebnych do obrotów za granicą kosztuje 19 zł, a pani Anna policzyła, że na przylot do Polski i pobyt tu straciła 4 tys. dolarów. - Nie licząc straconej wypłaty za lipiec. Teraz zastanawiam się, czy nie ubiegać się o odszkodowanie od uczelni za poniesione koszty - mówi. Do tego dochodzą też inne straty: - Potrzebne dokumenty zdobyłam, ale i tak za późno, by rozpocząć studia jesienią tego roku. Jeśli teraz złożę podanie będę mogła zacząć studia w semestrze wiosennym, a to oznacza, że straciłam prawie dwa lata. Gdyby nie problemy, jakie robiła mi uczelnia, zamiast zaczynać studia już bym je kończyła - nie kryje rozgoryczenia kobieta.
- 50 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
43 głosy
-
Uniwersytet to brzmi dumnie
mjot1
30.07.10, 20:14
Oto Alma Mater na miarę naszych potrzeb (regionalnych). I nie jest to nasze ostatnie słowo!„Możliwości” pominąłem celowo, bo te dla odmiany i owszem są, lecz drzemią skryte pod »
Najczęściej czytane
- Montowanie okrągłej kładki w Rzeszowie. Ferenc: Historyczny moment [ZOBACZ]
- "Chcę na komunię PSP i tysiaka". Co na to rodzice?
- Casting na Top Model w Millenium Hall [WIDEO, FOTO]
- Pierwsze Komunie VIP-ów. Kto dostał rzymski różaniec? [FOTO]
- 19-latek pobity na Hetmańskiej. Bo nie chciał dać telefonu
- RZGW czeka na pieniądze, a śmieci po zalewie pływają
- 29-letni pieszy nie żyje. Potrącił go opel. Kto nim kierował?


