Akcja Gazety: Wyższa Szkoła Wstydu
2009-10-18
, aktualizacja: 18.10.2009 17:01
Uczelnie to fabryki, do których idzie się tylko po to by zdobyć dyplom. Po trzech latach studiowania myślę, że równie dobrze za te pieniądze, które wydałem na studia, mógłbym ten dyplom kupić. Efekt byłby ten sam - uważa Sebastian, student jednej z rzeszowskich uczelni
ZOBACZ TAKŻE
- Wyższa Szkoła Wstydu. Studenci oceniają wykładowców (22-10-09, 09:00)
- Rozmowa z Jerzym Posłusznym (22-10-09, 18:24)
- Batalia o jakość nauki i edukacji polskiej (24-10-09, 10:00)
- Batalia o finansowanie szkolnictwa wyższego (28-10-09, 18:34)
- Kadra naukowa musi być wzorem dla studenta (30-10-09, 10:00)
SONDAŻ
Sebastian przez trzy lata studiował w Wyższej Szkole Prawa i Administracji. Zaczynał na studiach dziennych, kończył na zaocznych. - Poszedłem na studia po to by zdobyć dyplom, bo w dzisiejszym świecie bez dyplomu nic nie znaczysz. I oprócz dyplomu z uczelni nie wyniosłem nic - mówi.
Barbara kończy budownictwo na Politechnice i równocześnie pracuje. Choć zawsze uważała, że jej studia nie są straconym czasem, w naukę wkładała wiele wysiłku, to była niemile rozczarowana jak okazało się, że pięć lat ciężkiej harówki w zetknięciu z rzeczywistością w pracy na wiele się nie zdało. - Okazało się, że nie jestem przygotowana do pracy w swoim zawodzie. Całej masy rzeczy po prostu nie wiem, nigdy się ich nie uczyłam, a pracodawcy oczekują, że my to wszystko umiemy - mówi.
Studenci zaoczni narzekają na lekceważenie ich przez uczelnie: - Człowiek zwalnia się pracy, aby przyjść po wpis, a tu prowadzący się spóźnia, albo wcale nie przychodzi. Gdybym mógł przychodzić w tygodniu na uczelnię studiowałbym sobie dziennie. Ale muszę pracować. Mam się zwalniać u pracodawcy? Ile razy można. Najlepiej byłoby zrezygnować z pracy, na to mnie niestety nie stać.
Sebastian: - Egzaminy, zaliczenia, wpisy do indeksów - to wszystko odbywa się w dni powszednie. A studia zaoczne są dla pracujących. Za każdym razem w czasie sesji mam brać urlop? Zwalniać się z pracy, bo sesja? Który pracodawca zgodzi się na to?
Podobne doświadczenia, ale z Politechniki Rzeszowskiej ma Michał. - Przyszedłem tu na uzupełniające studia magisterskie po uczelni niepublicznej. Największym problemem są konsultacje prowadzących, które odbywają się w dni, w których ludzie są w pracy.
Patrycja miała taki przypadek: - Przez całe wakacje z kolegami chodziliśmy po wpis do pewnego profesora. W końcu wyznaczył termin zaliczenia na 14 września. My się stawiliśmy, on - nie. Dyżury miał tylko raz w tygodniu, ale nie pojawiał się, na drzwiach nie było żadnej informacji, że konsultacje są odwołane. Podobno jeden raz przyszedł, spóźniony 50 min.! 50 min. - gdy jego dyżur trwał godzinę: od 13 do 14. Mam małe dziecko, za każdym razem muszę kogoś szukać do opieki nad nim. Nie mogłam czekać dłużej niż 30 min., zwłaszcza, że - jak zwykle - nie wiadomo było czy się zjawi.
Patrycja opowiada, że pod koniec września okazało się, iż profesor, u którego nie udało się jej zdobyć feralnego zaliczenia, dyżuruje równocześnie w dwóch różnych budynkach jej uczelni. Czy był w którymkolwiek z tych miejsc w czasie kiedy powinien? - Nie mam pojęcia - rozkłada ręce studentka. Gdyby nie kłopoty z tym wpisem, Patrycja już prawdopodobnie miałaby dyplom. -Mając ten wpis zmobilizowałabym się do pisania pracy licencjackiej. A teraz nie widzę szans, by udało mi się przed końcem października - przyznaje. Dla studentów kończących studia na jej uczelni koniec października to niezwykle istotna data. - Jeśli nie zdążymy się obronić do tego czasu jesteśmy wykreślani z listy studentów. Ponowny wpis 600 zł, więc żeby się obronić muszę nie tylko przygotować pracę, ale też znaleźć ekstra niezłą sumkę - martwi się dziewczyna, a przypadek profesora, którego nie sposób zastać w jego godzinach w pracy tak podsumowuje: - To tak jakbym pracował w elektrowni i powiedziała: dziś nie będzie prądu w mieście - idę spać. To przecież zwykłe niechodzenie do pracy
Wiele zajęć jest nudnych. - Po co nam na administracji logika, etykieta, zajęcia z kultury języka? To bardzo luźno łączy się z naszym kierunkiem studiów. Uważam, że powinienem umieć obsługiwać różne programy komputerowe, a przede wszystkim - biegle sporządzać pisma urzędowe - a tego akurat nie uczą. Umiem tylko to czego nauczyłem się sam - mówi Sebastian.
Patrycja: - Niektóre wykłady są tak monotonne, że się na nich zasypia. Zdarzają się też tak prowadzone, że nie sposób na nich cokolwiek zrozumieć. Może nie wszyscy nadają się na to żeby być wykładowcami?
Opowiada Michał z Politechniki: - Jeden z prowadzących miał zwyczaj przygotowywania prezentacji, na których nie było nic prócz tekstu, który czytał. Tekst był niespójny, zupełnie nie wiadomo było o co w nim chodzi. Gdy prosiliśmy, aby go nam udostępnił - nie zgodził się. Często studenci przefotografowują sobie takie prezentacje, by móc się z nich uczyć - na to też się nie zgadzał, zasłaniając się prawami autorskimi. Ale mam wrażenie, że nie o prawa autorskie tu chodziło, raczej o to by ktoś nie zweryfikował tych bzdur, bo wtedy pan doktor by się skompromitował.
Zdaniem Michała poziom prowadzonych zajęć na jego kierunku (marketing i zarządzanie) jest bardzo nierówny. - Bywają fachowcy, potrafiący nauczyć i wymagający. Mieliśmy świetne np. warsztaty. Mieliśmy takie z technik interpersonalnych. Obrosły już legendą, studenci kolejnych roczników opowiadają sobie o nich, pytają młodszych czy już je mieli. Ludzie się na nich otwierają, przełamują własne opory, odkrywają umiejętności, o których nie mieli pojęcia - opowiada nasz rozmówca.
Michał skarży się także na brak jasnych, z góry ustalanych zasad zaliczeń, czy egzaminów. - Wcześniej studiowałem w Wyższej Szkole Zarządzania. Tam od pierwszych zajęć - w 90 proc. Przypadków - wiadomo było, jak przedmiot się zakończy: egzaminem testowym, czy opisowym, dokładnie znana była data egzaminu, czy zaliczenia. Na Politechnice jest z tym problem: bywa, że prowadzący podaje te informacje dopiero na przedostatnich zajęciach. A przecież zupełnie inaczej przygotowuje się do egzaminu testowego, a inaczej do opisówki.
Nieustalone zasady to pole do nadużyć dla studentów. - Nie wiadomo jaka forma zaliczenia? Prosimy więc prowadzącego, żeby wystarczyło przygotowanie referatu. Kto się będzie uczył do zaliczenia? Nie mamy na to przecież czasu - opowiada Michał z Politechniki i dodaje: - Ludzie często przychodzą na studia zaoczne i oczekują, że za samo przyjście dostaną dyplom, że należy im się to, bo przecież mają pracę, rodzinę, mnóstwo obowiązków. Dla nich student zaoczny znaczy ambitny, a w dodatku płaci za naukę i już to ma dawać im mandat do skończenia studiów. Nie biorą pod uwagę, że nie podołają nauce. Strach przed egzaminem? Wszyscy mają zdać. Pamiętam przypadek mojej koleżanki, która przyniosła na zajęcia referat na 30 stron. Skopiowany z Internetu w całości. Czytała go nam, sama nie wiedząc o czym czyta, a od prowadzącej jeszcze pochwały zbierała, że zwróciła uwagę na różne aspekty danego tematu.
Michał podsumowuje: - Zachowanie prowadzących jest często konsekwencją tego, co reprezentują sobą studenci. Jeśli prowadzący zaczęliby egzekwować wiedzę, to okazałoby się, że studia kończy nie 80-90 proc. a jedna trzecia.
Wiele do życzenia pozostawia administracja uczelniana: - W dziekanatach pracują niemiłe panie, które łaskę robią, że tam pracują. Dowiedzieć się oceny, którą otrzymało się z egzaminu - to wielki problem. Jeszcze na początku sesji się to udaje, ale później, gdy w dziekanacie jest więcej pracy, jest z tym duży problem - skarżą się studenci.
Patrycja: - U nas w dziekanacie pracownice są wiecznie niedoinformowane. Co to za problem wywiesić kartkę, że ktoś odwołał wykład, czy dużur? A tam nikt nic wiecznie nie wie.
Studenci krytykują prowadzących i administrację, ale nie szczędzą też swoim kolegom: - Dla pewnej pani te studia, na których się spotkaliśmy były już kolejnymi. Zdobywała kolejne fakultety, a w swoim lokalnym środowisku robiła karierę w samorządzie. To ona najgłośniej zawsze krzyczała, by zaliczenia odbywały się jak najmniejszym kosztem naszej pracy - opowiada studentka zaoczna z Uniwersytetu Rzeszowskiego.
Odpisywanie na studiach jest ciągle powszechne i wielu nie widzi w tym problemu.- Gdy na aulę przychodzi 300 osób i jeden prowadzący trudno mówić o pilnowaniu. Niektórzy sami pozwalają odpisywać, inni upominają, zabierają ściągi, wpisują minusy. To konsekwencja podejścia studentów i interesów uczelni: w jej interesie nie jest wypuszczenie super wykształconego absolwenta zarządzania i marketingu, bo to nie jest jej sztandarowy kierunek - uważa Michał.
Sebastian na pytanie o to czy w jego grupie się ściąga odpowiada: - Jasne, że tak. Choć zdarza się, że prowadzący zabierają ściągi. Inni udają, że nie widzą, albo rzeczywiście nie widzą - mówi student. Ale zarzeka się, że pracy dyplomowej nigdy by nie kupił. Głównie z powodów finansowych. - To wydatek ok. 1,2 tys. zł. A pracę można napisać w dwa tygodnie, tyle nie zarobię w takim czasie. Poza tym i tak, by ją obronić muszę się jej nauczyć. Po co więc za to płacić? To zupełnie bez sensu - uważa Sebastian.
Barbara kończy budownictwo na Politechnice i równocześnie pracuje. Choć zawsze uważała, że jej studia nie są straconym czasem, w naukę wkładała wiele wysiłku, to była niemile rozczarowana jak okazało się, że pięć lat ciężkiej harówki w zetknięciu z rzeczywistością w pracy na wiele się nie zdało. - Okazało się, że nie jestem przygotowana do pracy w swoim zawodzie. Całej masy rzeczy po prostu nie wiem, nigdy się ich nie uczyłam, a pracodawcy oczekują, że my to wszystko umiemy - mówi.
Studenci zaoczni narzekają na lekceważenie ich przez uczelnie: - Człowiek zwalnia się pracy, aby przyjść po wpis, a tu prowadzący się spóźnia, albo wcale nie przychodzi. Gdybym mógł przychodzić w tygodniu na uczelnię studiowałbym sobie dziennie. Ale muszę pracować. Mam się zwalniać u pracodawcy? Ile razy można. Najlepiej byłoby zrezygnować z pracy, na to mnie niestety nie stać.
Sebastian: - Egzaminy, zaliczenia, wpisy do indeksów - to wszystko odbywa się w dni powszednie. A studia zaoczne są dla pracujących. Za każdym razem w czasie sesji mam brać urlop? Zwalniać się z pracy, bo sesja? Który pracodawca zgodzi się na to?
Podobne doświadczenia, ale z Politechniki Rzeszowskiej ma Michał. - Przyszedłem tu na uzupełniające studia magisterskie po uczelni niepublicznej. Największym problemem są konsultacje prowadzących, które odbywają się w dni, w których ludzie są w pracy.
Patrycja miała taki przypadek: - Przez całe wakacje z kolegami chodziliśmy po wpis do pewnego profesora. W końcu wyznaczył termin zaliczenia na 14 września. My się stawiliśmy, on - nie. Dyżury miał tylko raz w tygodniu, ale nie pojawiał się, na drzwiach nie było żadnej informacji, że konsultacje są odwołane. Podobno jeden raz przyszedł, spóźniony 50 min.! 50 min. - gdy jego dyżur trwał godzinę: od 13 do 14. Mam małe dziecko, za każdym razem muszę kogoś szukać do opieki nad nim. Nie mogłam czekać dłużej niż 30 min., zwłaszcza, że - jak zwykle - nie wiadomo było czy się zjawi.
Patrycja opowiada, że pod koniec września okazało się, iż profesor, u którego nie udało się jej zdobyć feralnego zaliczenia, dyżuruje równocześnie w dwóch różnych budynkach jej uczelni. Czy był w którymkolwiek z tych miejsc w czasie kiedy powinien? - Nie mam pojęcia - rozkłada ręce studentka. Gdyby nie kłopoty z tym wpisem, Patrycja już prawdopodobnie miałaby dyplom. -Mając ten wpis zmobilizowałabym się do pisania pracy licencjackiej. A teraz nie widzę szans, by udało mi się przed końcem października - przyznaje. Dla studentów kończących studia na jej uczelni koniec października to niezwykle istotna data. - Jeśli nie zdążymy się obronić do tego czasu jesteśmy wykreślani z listy studentów. Ponowny wpis 600 zł, więc żeby się obronić muszę nie tylko przygotować pracę, ale też znaleźć ekstra niezłą sumkę - martwi się dziewczyna, a przypadek profesora, którego nie sposób zastać w jego godzinach w pracy tak podsumowuje: - To tak jakbym pracował w elektrowni i powiedziała: dziś nie będzie prądu w mieście - idę spać. To przecież zwykłe niechodzenie do pracy
Wiele zajęć jest nudnych. - Po co nam na administracji logika, etykieta, zajęcia z kultury języka? To bardzo luźno łączy się z naszym kierunkiem studiów. Uważam, że powinienem umieć obsługiwać różne programy komputerowe, a przede wszystkim - biegle sporządzać pisma urzędowe - a tego akurat nie uczą. Umiem tylko to czego nauczyłem się sam - mówi Sebastian.
Patrycja: - Niektóre wykłady są tak monotonne, że się na nich zasypia. Zdarzają się też tak prowadzone, że nie sposób na nich cokolwiek zrozumieć. Może nie wszyscy nadają się na to żeby być wykładowcami?
Opowiada Michał z Politechniki: - Jeden z prowadzących miał zwyczaj przygotowywania prezentacji, na których nie było nic prócz tekstu, który czytał. Tekst był niespójny, zupełnie nie wiadomo było o co w nim chodzi. Gdy prosiliśmy, aby go nam udostępnił - nie zgodził się. Często studenci przefotografowują sobie takie prezentacje, by móc się z nich uczyć - na to też się nie zgadzał, zasłaniając się prawami autorskimi. Ale mam wrażenie, że nie o prawa autorskie tu chodziło, raczej o to by ktoś nie zweryfikował tych bzdur, bo wtedy pan doktor by się skompromitował.
Zdaniem Michała poziom prowadzonych zajęć na jego kierunku (marketing i zarządzanie) jest bardzo nierówny. - Bywają fachowcy, potrafiący nauczyć i wymagający. Mieliśmy świetne np. warsztaty. Mieliśmy takie z technik interpersonalnych. Obrosły już legendą, studenci kolejnych roczników opowiadają sobie o nich, pytają młodszych czy już je mieli. Ludzie się na nich otwierają, przełamują własne opory, odkrywają umiejętności, o których nie mieli pojęcia - opowiada nasz rozmówca.
Michał skarży się także na brak jasnych, z góry ustalanych zasad zaliczeń, czy egzaminów. - Wcześniej studiowałem w Wyższej Szkole Zarządzania. Tam od pierwszych zajęć - w 90 proc. Przypadków - wiadomo było, jak przedmiot się zakończy: egzaminem testowym, czy opisowym, dokładnie znana była data egzaminu, czy zaliczenia. Na Politechnice jest z tym problem: bywa, że prowadzący podaje te informacje dopiero na przedostatnich zajęciach. A przecież zupełnie inaczej przygotowuje się do egzaminu testowego, a inaczej do opisówki.
Nieustalone zasady to pole do nadużyć dla studentów. - Nie wiadomo jaka forma zaliczenia? Prosimy więc prowadzącego, żeby wystarczyło przygotowanie referatu. Kto się będzie uczył do zaliczenia? Nie mamy na to przecież czasu - opowiada Michał z Politechniki i dodaje: - Ludzie często przychodzą na studia zaoczne i oczekują, że za samo przyjście dostaną dyplom, że należy im się to, bo przecież mają pracę, rodzinę, mnóstwo obowiązków. Dla nich student zaoczny znaczy ambitny, a w dodatku płaci za naukę i już to ma dawać im mandat do skończenia studiów. Nie biorą pod uwagę, że nie podołają nauce. Strach przed egzaminem? Wszyscy mają zdać. Pamiętam przypadek mojej koleżanki, która przyniosła na zajęcia referat na 30 stron. Skopiowany z Internetu w całości. Czytała go nam, sama nie wiedząc o czym czyta, a od prowadzącej jeszcze pochwały zbierała, że zwróciła uwagę na różne aspekty danego tematu.
Michał podsumowuje: - Zachowanie prowadzących jest często konsekwencją tego, co reprezentują sobą studenci. Jeśli prowadzący zaczęliby egzekwować wiedzę, to okazałoby się, że studia kończy nie 80-90 proc. a jedna trzecia.
Wiele do życzenia pozostawia administracja uczelniana: - W dziekanatach pracują niemiłe panie, które łaskę robią, że tam pracują. Dowiedzieć się oceny, którą otrzymało się z egzaminu - to wielki problem. Jeszcze na początku sesji się to udaje, ale później, gdy w dziekanacie jest więcej pracy, jest z tym duży problem - skarżą się studenci.
Patrycja: - U nas w dziekanacie pracownice są wiecznie niedoinformowane. Co to za problem wywiesić kartkę, że ktoś odwołał wykład, czy dużur? A tam nikt nic wiecznie nie wie.
Studenci krytykują prowadzących i administrację, ale nie szczędzą też swoim kolegom: - Dla pewnej pani te studia, na których się spotkaliśmy były już kolejnymi. Zdobywała kolejne fakultety, a w swoim lokalnym środowisku robiła karierę w samorządzie. To ona najgłośniej zawsze krzyczała, by zaliczenia odbywały się jak najmniejszym kosztem naszej pracy - opowiada studentka zaoczna z Uniwersytetu Rzeszowskiego.
Odpisywanie na studiach jest ciągle powszechne i wielu nie widzi w tym problemu.- Gdy na aulę przychodzi 300 osób i jeden prowadzący trudno mówić o pilnowaniu. Niektórzy sami pozwalają odpisywać, inni upominają, zabierają ściągi, wpisują minusy. To konsekwencja podejścia studentów i interesów uczelni: w jej interesie nie jest wypuszczenie super wykształconego absolwenta zarządzania i marketingu, bo to nie jest jej sztandarowy kierunek - uważa Michał.
Sebastian na pytanie o to czy w jego grupie się ściąga odpowiada: - Jasne, że tak. Choć zdarza się, że prowadzący zabierają ściągi. Inni udają, że nie widzą, albo rzeczywiście nie widzą - mówi student. Ale zarzeka się, że pracy dyplomowej nigdy by nie kupił. Głównie z powodów finansowych. - To wydatek ok. 1,2 tys. zł. A pracę można napisać w dwa tygodnie, tyle nie zarobię w takim czasie. Poza tym i tak, by ją obronić muszę się jej nauczyć. Po co więc za to płacić? To zupełnie bez sensu - uważa Sebastian.
Sebastian jest za przywróceniem egzaminów na studia. - Na mojej uczelni dużo było osiołków, ludzi zupełnie nie nadających się na studia. Ale udało się im zdać maturę, więc dlaczego nie mieliby wykorzystać możliwości, jaki im to daje. Gdyby egzaminy wróciły na studiach nigdy by się tu nie znaleźli.
Sebastian: - Szkoła, którą kończę nie zasługuje na miano uczelni: to fabryka absolwentów, masowa produkcja. Nie wybrałbym jej po raz drugi. Gdybym pieniądze, które wydałem na czesne, kupił dyplom na jedno by wyszło.
Jaka jest jakość twoich studiów? Jak prowadzone są zajęcia? Jacy są studenci, którzy przychodzą na zajęcia na Twojej uczelni. Zapraszamy studentów i wykładowców do dyskusji o jakości uczelni wyższych. Na głosy czekamy pod numerem tel. (17) 780 30 00, można je słać e-mailem: listy@rzeszow.agora.pl. Dyskutować można także na forum rzeszow.gazeta.pl
Sebastian: - Szkoła, którą kończę nie zasługuje na miano uczelni: to fabryka absolwentów, masowa produkcja. Nie wybrałbym jej po raz drugi. Gdybym pieniądze, które wydałem na czesne, kupił dyplom na jedno by wyszło.
Jaka jest jakość twoich studiów? Jak prowadzone są zajęcia? Jacy są studenci, którzy przychodzą na zajęcia na Twojej uczelni. Zapraszamy studentów i wykładowców do dyskusji o jakości uczelni wyższych. Na głosy czekamy pod numerem tel. (17) 780 30 00, można je słać e-mailem: listy@rzeszow.agora.pl. Dyskutować można także na forum rzeszow.gazeta.pl
- 76 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
17 głosów
-
Akcja Gazety: Wyższa Szkoła Wstydu
sceptyk31
18.10.09, 21:11
Tlko czy od opisania tego w gazecie cokolwiek sie zmieni ? Ja przypadkiem w sieci znalazłem program zajęc na jednej z prywatnych uczelni lubelskich - w sobote od 7.45 do 20.50 jest w sumie»
-
Akcja Gazety: Wyższa Szkoła Wstydu
i.meten
21.10.09, 21:27
Nie każdy jest kujonem, aby studiować na renomowanej uczelni - i nie każdychce być tzw. przeciętniakiem ze średnim wykształceniem.Więc powinny być ,,zwykle'' uczelnie....a jak ktoś jest »
Najczęściej czytane
- Kibice żużla: "Lee, zawsze będziesz jeździł z nami" [ZDJĘCIA]
- Policja szukała 5-latka, a chłopcem opiekował się ojciec
- PRz vs. inne uczelnie: czyje juwenalia lepsze? [SONDAŻ]
- Obrażenia klatki piersiowej przyczyną śmierci Richardsona
- Tragiczny wypadek Lee Richardsona [ZOBACZ WIDEO]
- "Cyrk. Twoja rozrywka, ich cierpienie". Protest przed Zalewskim
- Moja Pierwsza Komunia... Dlaczego miałam dwie i koczek...


