O godz. 21.47 jeden z pracowników firmy, która buduje wiatraki, wreszcie dał sygnał kierowcom ciężarówek, że mogą jechać. Zmarznięci mieszkańcy zeszli z drogi. Policja nie musiała używać siły, choć i tak nie palili się do takiego rozwiązania. - Jest ciemno, pełno tu krzaków, nie będę ryzykował życia swoich ludzi. Ktoś może dostać kamieniem - mówił przez telefon jeden z funkcjonariuszy.
Beton i tak będziemy lać
To co się działo w piątek w Woli Rafałowskiej (gm. Chmielnik) zaskoczyło chyba wszystkich. I policjantów, i mieszkańców, i robotników.
Była godz. 10, kiedy 20-osobowa grupa zablokowała drogę, którą ciężarówki musiały dojechać do potężnych fundamentów, by je zalać betonem. Wtedy nikt się jeszcze nie spodziewał, że protest z każdą minutą będzie rósł w siłę. Robotnicy spokojnie czekali na rozwój wydarzeń.
- Mamy lać beton od godz. 16. Dlaczego ci ludzie protestują dopiero teraz, kiedy prace budowlane ruszyły? Co robili wcześniej? - zastanawiał się w południe Kazimierz Filipkowski, kierownik robót.
I tłumaczył nam, że przez kilkanaście godzin mają zalewać betonem cztery uzbrojone fundamenty na których mają stanąć kilkudziesięciometrowe wiatraki w Woli Rafałowskiej, Malawie (gm. Krasne) i Cierpiszu (gm. Łańcut). Na zalanie fundamentu potrzeba stu gruszek.
Na przedpołudniowej blokadzie pojawiła się m. in. 30-letnia Katarzyna Tadla, właścicielka 60-arowej działki w Woli Rafałowskiej, na której planowała wybudować dom.
- Dopiero w grudniu zeszłego roku dowiedziałam się, że mam sąsiadować z wiatrakami. Nie zamieszkam tutaj, a działki od roku nie mogę sprzedać - żaliła się pani Katarzyna.
W jeszcze gorszej sytuacji jest Adam Tereszkiewicz, który wybudował już dom, a do jednego z wiatraków będzie miał 80 m. Twierdzi, że dwa lata temu, gdy dostawał pozwolenie na budowę, nikt mu powiedział z czym będzie sąsiadował.
Inwestorem wiatraków jest firma Mega z Kraczkowej, której głównym udziałowcem jest Polska Grupa Energetyczna Energia Odnawialna.
Mieszkańcy nie chcą wiatraków w sąsiedztwie działek i domów.
- Córka miała się tutaj budować - 69-letni Stanisław Płaskoń pokazuje działkę w Cierpiszu, na której posadzono już drzewka. - Córka jest zrozpaczona. Jak grom z jasnego nieba spadła informacja, że niedaleko będą wiatraki - twierdzi pan Stanisław.
Prawo jest po nas stronie
- Są protesty? Nic o tym nie wiem. Prawo jest po naszej stronie. Mamy wszystkie niezbędne pozwolenia na budowę - mówił nam popołudniu Andrzej Stendel z PGE.
I zapewniał, że ich firma nie chce zatargów z mieszkańcami.
- Przyjechała Warszawka na prowincję i chce ludzi oskubać - protestował Janusz Chwaszcz, nieformalny lider komitetu protestacyjnego. - W sądzie administracyjnym w Warszawie do tej pory nie została rozpatrzona skarga jednego z mieszkańców. Prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie fałszowania dziennika budowy. Samorządowe Kolegium Odwoławcze prowadzi postępowanie o stwierdzenie nieważności decyzji o warunkach zabudowy - wyliczał Chwaszcz, przekonując, że mieszkańcy mają wystarczającą liczbę argumentów, by inwestycję zablokować.
Po południu przyjechała policja. Do protestu przyłączały się kolejne osoby. W sumie było ich około stu. Ktoś wpadł na pomysł, by niedaleko drogi rozpalić ognisko, by ludzie mogli się zagrzać.
Do Woli Rafałowskiej nadciągały policyjne posiłki. Wezwała ich firma Mega. - Zablokowanie inwestycji wiąże się z dużymi kosztami - mówił nam prezes spółki Jerzy Skomra.
- Nie zejdziemy stąd, bronimy swojego dobytku, to jedyne co mamy! Nie chcemy dyskoteki wiatrakowej! - krzyczeli mieszkańcy.
Około godz. 19. do protestujących przyszedł Mirosław Wośko, szef prewencji rzeszowskiej policji. Powiedział, że pikieta jest nielegalna. A policja - jak tłumaczył Wośko - jest dlatego, że samochody mają zablokowany przejazd na drodze gminnej.
Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów