Ocena eksperta. W Rzeszowie jest sielankowo
2010-01-14
, aktualizacja: 14.01.2010 11:37
Dla ludzi liczą się doraźne, widoczne od razu działania, a nie myślenie i działania strategiczne - pisze socjolog dr Leszek Gajos z Wyższej Szkoły Prawa i Administracji w Rzeszowie
ZOBACZ TAKŻE
- Nie ma jak w Rzeszowie (15-01-10, 18:51)
- Wyniki sondażu. Rzeszów jest zachwycony sobą (14-01-10, 11:35)
Pierwsza myśl: Rzeszów trafił do elitarnej grupy miast, których mieszkańcy są najbardziej zadowoleni z władz, ze zmian, które zaszły w ciągu ostatnich lat, w których dobrze im się żyje. To grono to: Gdynia, Toruń, Wrocław i właśnie my. Co ciekawe, do tego grona liderów nie dostały się takie aglomeracje, jak Warszawa, Katowice, Poznań czy Kraków. A Łódź jest na szarym końcu!
Niespodzianka? Kluczem do jej rozszyfrowania jest postrzeganie wodzów, czyli prezydentów. To, jak się okazuje, sprawa fundamentalna w kreowaniu obrazu całego miasta. Z kolei na obraz prezydenta bardzo rzutują jego proweniencje polityczne. Jeśli gospodarz miasta jest uwikłany politycznie, to automatycznie ludzie odbierają go gorzej.
Tadeusz Ferenc należy do SLD. Ale kto o tym pamięta? W wyborach startuje jako kandydat komitetu, w skład którego wchodzi szereg ugrupowań. Rozmawia ze wszystkimi, ponad partyjnymi podziałami. Patrząc na wyniki tych badań, musimy jednak koniecznie pamiętać, że często mogą one być na wyrost. Zwróćmy uwagę na deklaracje uczestnictwa w wyborach. Mamy wyniki 70-proc. A ile tak naprawdę rzeszowian poszło na ostatnie wybory samorządowe i parlamentarne? O 20 proc. mniej!
Nawet jednak zakładając jakiś margines błędu, uwagę zwracają niezwykle wysokie oceny dla pracy prezydenta, rady i urzędników. Rzeszowianie są przekonani, że prezydent konsultuje z nimi trudne decyzje. Ale czy rzeczywiście tak jest? Czy w Rzeszowie były podejmowane jakieś naprawdę trudne decyzje, np. wprowadzenie płatnej strefy parkowania, i było to poddane konsultacjom? Nie! Ludzie, odpowiadając na to pytanie, pewno mieli na myśli te osiedlowe spotkania, które prezydent odbywa regularnie. A socjotechnika prezydenta polega na tym, że tam nie ma trudnych decyzji. On mówi, co zostało zrobione, jakie inwestycje są w planach, i słucha życzeń mieszkańców. Ludzie zaś, odpowiadając na pytanie o konsultacje, dokonali uproszczenia. I wyszło, że Rzeszów jest najbardziej rozdyskutowanym miastem w kraju. I znów plus dla prezydenta.
Ale znowu można powiedzieć tak: w wielu miastach nie ma żadnej łączności prezydenta z mieszkańcami, takie spotkania, które u nas są regularnie, gdzie indziej odbywają się tylko przed wyborami.
Co ciekawe, rzeszowianie na tle Polski nie są zbyt częstymi gośćmi w ratuszu. W ciągu ostatniego roku z pisemnym wnioskiem do urzędu miasta zwróciło się 27,4 proc. obywateli. A osobiście w urzędzie było 52 proc. mieszkańców. Średnia krajowa odpowiednio wynosi 34,9 proc. oraz 61,9 proc. O czym to może świadczyć? Można zaryzykować tezę, że oceny pracy prezydenta i całego samorządu mogą być na wyrost.
Nie najlepiej rzeszowianie wypadają też pod względem uczestnictwa w fundacjach czy stowarzyszeniach. My, Polacy, generalnie nie lubimy należeć do takich organizacji. Zachód Europy bije nas pod tym względem na głowę. Polska odstaje, a Rzeszów jest niemal na szarym końcu. Jeszcze w latach 70. znana socjolog Aldona Jawłowska pisała, że nasza bierność w uczestniczeniu w stowarzyszeniach jest efektem czterech autorytaryzmów: państwa, Kościoła, szkoły i rodziny. Te instytucje działają dogmatycznie, wg własnego porządku, a nie porządku swoich członków. Jeśli one silnie oddziałują na ludzi, to ludzie niechętnie się stowarzyszają.
W Rzeszowie nakłada się jeszcze na to takie przeświadczenie: "po co mam uczestniczyć w jakimś spotkaniu, po co mam być w stowarzyszeniu, skoro pan prezydent i tak wie najlepiej". Niechęć do stowarzyszania się jest wyraźnie słabsza na tzw. ścianie wschodniej.
Polska też wyraźnie pęka, jeśli popatrzmy na zaufanie do polityków wyższego szczebla, posłów, partii politycznych. Im bliżej Warszawy, tym zaufanie jest wyższe. W Rzeszowie bardziej ufamy lokalnemu samorządowi aniżeli posłom. W Warszawie rządowi ufa 45 proc. ankietowanych, w Rzeszowie 28 proc. Za to my mamy rekordowe zaufanie do Kościoła. Zresztą na całej ścianie wschodniej jest ono dość wysokie. Kościół dla mieszkańców tych terenów jest ciągle jednym z ważniejszych wyznaczników tego, jak żyć.
Ciekawe, że jeśli mieszkańcy mają wysokie zaufanie do samorządu, automatycznie rosną też inne wskaźniki związane z życiem codziennym. Jeśli jest zaufanie do prezydenta, ufamy też urzędnikom, niezależnie od tego, jaka jest częstotliwość naszego chodzenia do urzędu. Jednocześnie przypisujemy urzędnikom wiele osobowych przymiotów, np. kompetencje czy brak korupcji. Porównajmy: o tym, że urzędnicy są nieudolni, jest przeświadczonych 26,5 proc. rzeszowian. A łodzianie? Aż 58,9 proc. z nich sądzi, że ich urzędnicy są nieudolni. Czy rzeczywiście łódzcy urzędnicy są aż tak źli? Czy raczej są postrzegani przez pryzmat niepopularnego prezydenta Kropiwnickiego?
Z badania wyłania się obraz sielankowego Rzeszowa. Ludzie są zadowoleni z życia codziennego, dobrze się im tu mieszka, prezydenta lubią, są zachwyceni estetyką miasta. W debacie publicznej zarzuca się naszemu prezydentowi często, że nie ma wizji rozwoju miasta. Jak się okazuje, to wcale nie rzutuje na to, jak jest odbierany przez mieszkańców. Można więc zaryzykować tezę, że dla ludzi liczą się doraźne, widoczne od razu działania, a nie myślenie i działania strategiczne.
Jeśli zostało coś do zrobienia w Rzeszowie, to są to: rynek pracy, edukacja, kultura i rozrywka.
Niespodzianka? Kluczem do jej rozszyfrowania jest postrzeganie wodzów, czyli prezydentów. To, jak się okazuje, sprawa fundamentalna w kreowaniu obrazu całego miasta. Z kolei na obraz prezydenta bardzo rzutują jego proweniencje polityczne. Jeśli gospodarz miasta jest uwikłany politycznie, to automatycznie ludzie odbierają go gorzej.
Tadeusz Ferenc należy do SLD. Ale kto o tym pamięta? W wyborach startuje jako kandydat komitetu, w skład którego wchodzi szereg ugrupowań. Rozmawia ze wszystkimi, ponad partyjnymi podziałami. Patrząc na wyniki tych badań, musimy jednak koniecznie pamiętać, że często mogą one być na wyrost. Zwróćmy uwagę na deklaracje uczestnictwa w wyborach. Mamy wyniki 70-proc. A ile tak naprawdę rzeszowian poszło na ostatnie wybory samorządowe i parlamentarne? O 20 proc. mniej!
Nawet jednak zakładając jakiś margines błędu, uwagę zwracają niezwykle wysokie oceny dla pracy prezydenta, rady i urzędników. Rzeszowianie są przekonani, że prezydent konsultuje z nimi trudne decyzje. Ale czy rzeczywiście tak jest? Czy w Rzeszowie były podejmowane jakieś naprawdę trudne decyzje, np. wprowadzenie płatnej strefy parkowania, i było to poddane konsultacjom? Nie! Ludzie, odpowiadając na to pytanie, pewno mieli na myśli te osiedlowe spotkania, które prezydent odbywa regularnie. A socjotechnika prezydenta polega na tym, że tam nie ma trudnych decyzji. On mówi, co zostało zrobione, jakie inwestycje są w planach, i słucha życzeń mieszkańców. Ludzie zaś, odpowiadając na pytanie o konsultacje, dokonali uproszczenia. I wyszło, że Rzeszów jest najbardziej rozdyskutowanym miastem w kraju. I znów plus dla prezydenta.
Ale znowu można powiedzieć tak: w wielu miastach nie ma żadnej łączności prezydenta z mieszkańcami, takie spotkania, które u nas są regularnie, gdzie indziej odbywają się tylko przed wyborami.
Co ciekawe, rzeszowianie na tle Polski nie są zbyt częstymi gośćmi w ratuszu. W ciągu ostatniego roku z pisemnym wnioskiem do urzędu miasta zwróciło się 27,4 proc. obywateli. A osobiście w urzędzie było 52 proc. mieszkańców. Średnia krajowa odpowiednio wynosi 34,9 proc. oraz 61,9 proc. O czym to może świadczyć? Można zaryzykować tezę, że oceny pracy prezydenta i całego samorządu mogą być na wyrost.
Nie najlepiej rzeszowianie wypadają też pod względem uczestnictwa w fundacjach czy stowarzyszeniach. My, Polacy, generalnie nie lubimy należeć do takich organizacji. Zachód Europy bije nas pod tym względem na głowę. Polska odstaje, a Rzeszów jest niemal na szarym końcu. Jeszcze w latach 70. znana socjolog Aldona Jawłowska pisała, że nasza bierność w uczestniczeniu w stowarzyszeniach jest efektem czterech autorytaryzmów: państwa, Kościoła, szkoły i rodziny. Te instytucje działają dogmatycznie, wg własnego porządku, a nie porządku swoich członków. Jeśli one silnie oddziałują na ludzi, to ludzie niechętnie się stowarzyszają.
W Rzeszowie nakłada się jeszcze na to takie przeświadczenie: "po co mam uczestniczyć w jakimś spotkaniu, po co mam być w stowarzyszeniu, skoro pan prezydent i tak wie najlepiej". Niechęć do stowarzyszania się jest wyraźnie słabsza na tzw. ścianie wschodniej.
Polska też wyraźnie pęka, jeśli popatrzmy na zaufanie do polityków wyższego szczebla, posłów, partii politycznych. Im bliżej Warszawy, tym zaufanie jest wyższe. W Rzeszowie bardziej ufamy lokalnemu samorządowi aniżeli posłom. W Warszawie rządowi ufa 45 proc. ankietowanych, w Rzeszowie 28 proc. Za to my mamy rekordowe zaufanie do Kościoła. Zresztą na całej ścianie wschodniej jest ono dość wysokie. Kościół dla mieszkańców tych terenów jest ciągle jednym z ważniejszych wyznaczników tego, jak żyć.
Ciekawe, że jeśli mieszkańcy mają wysokie zaufanie do samorządu, automatycznie rosną też inne wskaźniki związane z życiem codziennym. Jeśli jest zaufanie do prezydenta, ufamy też urzędnikom, niezależnie od tego, jaka jest częstotliwość naszego chodzenia do urzędu. Jednocześnie przypisujemy urzędnikom wiele osobowych przymiotów, np. kompetencje czy brak korupcji. Porównajmy: o tym, że urzędnicy są nieudolni, jest przeświadczonych 26,5 proc. rzeszowian. A łodzianie? Aż 58,9 proc. z nich sądzi, że ich urzędnicy są nieudolni. Czy rzeczywiście łódzcy urzędnicy są aż tak źli? Czy raczej są postrzegani przez pryzmat niepopularnego prezydenta Kropiwnickiego?
Z badania wyłania się obraz sielankowego Rzeszowa. Ludzie są zadowoleni z życia codziennego, dobrze się im tu mieszka, prezydenta lubią, są zachwyceni estetyką miasta. W debacie publicznej zarzuca się naszemu prezydentowi często, że nie ma wizji rozwoju miasta. Jak się okazuje, to wcale nie rzutuje na to, jak jest odbierany przez mieszkańców. Można więc zaryzykować tezę, że dla ludzi liczą się doraźne, widoczne od razu działania, a nie myślenie i działania strategiczne.
Jeśli zostało coś do zrobienia w Rzeszowie, to są to: rynek pracy, edukacja, kultura i rozrywka.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane
- Wojewoda Małgorzata Chomycz wyszła za mąż. W czerwieni
- Alicja Wosik nowym wicewojewodą podkarpackim. Powołana
- Pomniki brzydaki w Rzeszowie. Który do usunięcia? FOTO
- Biseksualistki i gej w walentynki promowali miłość
- Dostaniesz mandat za dogrzewanie się w aucie. 100 zł
- Ołtarz bliżej wiernych. Jak zmieni się kościół? ZOBACZ
- "Policja wrabia we włamanie naszego 14-letniego syna"




